Marcin Błaszkowski


W Lesznie jest godzina 21:01:38
Mamy teraz wiosna.

Dziś jest Sobota 30 maja 2020, Imieniny Ferdynanda, Gryzeldy, Zyndrama


Serwis używa cookies aby zapamiętać otwartą sesję i ewentualne dane o logowaniu. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Serwis nie zapisuje ciasteczek do profilowania reklam lub śledzenia użytkownika.



Nieprzewidziana historia z górowskim budzikiem


Budzik, nawet jeśli ładny, nie jest przedmiotem, który dobrze się kojarzy. Mimo tego, rozstać się z nim nie można. Trzeba się nawet z nim codziennie spotykać. Wzięło mnie na pisanie o budziku, bo stałem się właścicielem takiego, z którym ktoś długo nie chciał się rozstać. Pewnie nawet nie jedna osoba, ale całe pokolenia. Moją własnością stał się mianowiciebudzik z początków XX w. pochodzący z miasta Góra, pod Lesznem. Wyprodukował go górowski zegarmistrz Julius Hoffmann a właścicielem był ktoś z Görlitz. Görlitz jest miejscowością, do której uciekło wielu Niemców po II wojnie światowej. Znajduje się tam zresztą ciekawe Muzeum Śląskie, dokumentujące historię i tradycje śląskie z punktu widzenia Niemców. Można tam znaleźć też wiele przedmiotów, które uchodźcy śląscy zabrali ze sobą a potem oddali do muzeum. Przedmioty, które przypominały dawną Ojczyznę. Budzik górowski budził swoich właścicieli w Górze, a potem w nowym miejscu zamieszkania.

Mój stary-nowy budzik jednak nie został oddany do muzeum. Trafił w moje ręce i oczywiście jeśli w Górze będzie mógł być eksponowany, tak się stanie. Pewnie nie będzie budził nowych właścicieli ze snu po nocy, ale może będzie budził pamięć śląską.

Przyczyną, by napisać ten tekst nie jest jednak sam budzik, ale jego ostatnie chwile na drodze do mnie. Był on mianowicie wysłany za pomocą firmy, która działa alternatywnie do poczty niemieckiej. Podobna firma działa także w Polsce. Także w Niemczech, w razie nieodebrania przesyłki, należy udać się do punktu poczty alternatywnej, który po pierwsze jest bardzo oddalony od adresata i podróż po przesyłkę pożera więcej pieniędzy niż skorzystanie z konwencjonalnej poczty, po drugie trudno go znaleźć, bo może się on znajdować u piekarza, rzeźnika, rolnika albo hodowcy pszczół. Trzeba uważnie wyszukać małej flagi z nazwą firmy przybitej dyskretnie do muru przy „geszefcie”.
Znalezienie tego punktu było pewnym problemem, jako że moja poczta znajdowała się w sklepie obuwniczym, którego nawet „lokalsi” nie do końca kojarzyli. No ale poszukiwania zakończyły się sukcesem.

W sklepie znalazłem dość ostro wyglądającego człowieka w wieku tzw męskim, o mniej bujnej i siwiejącej czuprynie. Bez problemu znalazł moją przesyłkę, skontrolował mój dokument tożsamości i skontatował, że przesyłka mi się należy. Tu jednak powstał problem: w nowoczesnych Niemczech nie można pokwitować odbioru paczki tradycyjnym długopisem. Te czasu odeszły w zapomnienie i nawet najstarsi, żyjący funkcjonariusze Stasi nieśmiało o obciachowych pokwitowaniach wspominają. Teraz – się skanuje nalepki na paczce, a nie podpisuje kwity.

Moja paczka zaopatrzona była w kilka nalepek, co wywołało w panu z zakładu obuwniczo-pocztowego zakłopotanie. Przyznał, że to jego pierwszy raz i nie jest pewien, czy odniesie sukces. Wykierował końcówkę (skanera oczywiście) w kierunku paczki, po czym lekko się z nią szarpiąc, nie otrzymywał pozytywnej odpowiedzi. Świecił, przyświecał, bajerował, głaskał i klepał – paczka ze skanerem jakoś spółkować nie chciała.

Pan ze sklepu był coraz bardziej zmieszany, zadzwonił do „centrali”. Oczywiście nikogo już tam nie było o popołudniowej godzinie, w której ja nieznośnie i nietaktownie domagałem się budzika. W oczach mężczyzny z punktu alternatywnej poczty zarysowała się wizja odesłania mnie z prośbą o przyjście w dogodniejszym terminie.

Jako że wspomniany zakład znajduje się kilka lub nawet kilkanaście kilometrów od mojego domu, a droga prowadzi pod górę, nie chciałem się wybierać znów po moją nową własność. Zaproponowałem panu wyjście, które nie przewidziała ani poczta niemiecka, ani firma alternatywna, ani skaner i producent nalepek, na których wypełnia się adres odbiorcy i nadawcy. Mianowicie widząc, że pan dalej będzie zabawiał się skanerem i jego końcówką, zaproponowałem, że ja wezmę swoją paczkę a on odetnie sobie „dekielek” i będzie sobie mógł do niego błyskać skanerem cały wieczór a nawet cały następny dzień.

Pan był całkowicie zaskoczony tą propozycją. Wprawdzie wyciągnął nóż i odciął pokrywkę paczki, jednakże bardzo mnie przepraszał za niespodziewane zajście.

Tak, dzięki temu wydarzeniu potrafię zwerbalizować kolejną obserwację życia codziennego w Niemczech. Mianowicie to, czego Niemcy nie znoszą, to nieprzewidziane sytuacje. Dlatego też starają się przygotować na każdą możliwość, chcą by każda sytuacja była przewidziana, opracowana i by mieć do niej zaplanowane kilka wyjść i rozwiązań. Tak bardzo nie lubią nieprzewidywalności, że starają się przewidzieć jej zaistnienie w najmniejszym (nie)przewidzianym szczególe.

Zdjęcia.:  budzik z Góry



Zdjęcie: Nieprzewidziana historia z górowskim budzikiem Zdjęcie: Nieprzewidziana historia z górowskim budzikiem Zdjęcie: Nieprzewidziana historia z górowskim budzikiem Zdjęcie: Nieprzewidziana historia z górowskim budzikiem Zdjęcie: Nieprzewidziana historia z górowskim budzikiem



ostatnie zmiany wykonane 2013-08-15 22:32:24
,






opis stopki