Marcin Błaszkowski


W Lesznie jest godzina 16:32:39
Mamy teraz zima.

Dziś jest Piątek 28 lutego 2020, Imieniny Ludomira, Makarego, Wiliany


Serwis używa cookies aby zapamiętać otwartą sesję i ewentualne dane o logowaniu. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Serwis nie zapisuje ciasteczek do profilowania reklam lub śledzenia użytkownika.



O winie i mieleniu pieprzu


Cicho, przejmująco cicho. Wchodzi starszy pan, siada przy zielonym piecu kaflowym. Pozdrawia mężczyznę za barem, prosi o wino musujące. Ten nalewa mu niemal cały kielich i podaje. Pan daje znaki, że chce porozmawiać.

Miejscowość jest mała i choć turyści przybywają, to każdy chodzi z nosem w książce, albo nie zna niemieckiego. Z mieszkańcami wioski natomiast, z wszystkimi, których lubi, o wszystkim już rozmawiał.

Dla tego mężczyzny wizyta w leniwej restauracji okazała się jednak trafnym wyborem. Przy jednym stole siedzi dwóch mężczyzn, których ani on nie zna, ani nie obwąchują oni świeżej farby drukarskiej w przewodniku. Siedzą i w zasadzie nic nie robiąc, więc okazują się świetnym pomysłem na spędzenie kilku dłuższych chwil.

Nie marnując nadarzającej się okazji, zajmuje uwagę mojego towarzysza w wizycie do nadmozelskiej wioski i rozpoczyna rozmowę. W sposób niby zdystansowany, ale jednak z drżącymi rękoma opowiada, że dwadzieścia lat temu pracował dla znanego koncernu produkującego słodycze. Dzięki temu wiemy, że nie siedzi przy nas byle kto. Pan podejrzewając w nas szacunek, uzupełnia opowieść, niby całkiem na marginesie, że był kierownikiem jakiegoś działu w spedycji. Albo też i nie w spedycji?… w każdym razie, że był kierownikiem. To powinniśmy zapamiętać.

Restauracja znajdowała się tuż przy muzeum. Jest to w zasadzie jeden budynek z dwoma wejściami. Muzeum ma wejście od ulicy, restauracja – od podwórza. Muzeum zbiera przedmioty dotyczące tej wioski i otwierane jest niemal codziennie między piątą po południu a siódmą wieczorem – wtedy, gdy niepoprawny regionalista, zamiast zajmować się własnym domem, chce posiedzieć wśród wioskowych antyków, polując na kontakt z przechodniami, niemal tak, jak ukwiały eksponują swoje czułki łowiąc plankton.

Okna w restauracji były podwójne. W oknach zewnętrznych znajdowały się witraże przedstawiające herby wioski i okolic. Starannie wykonane, ale bez nachalnego oszukiwania, nawiązują do czasów powstania domu. W sklepieniu pozostawiono belki z drewna, pięknie je konserwując. Drzwi wejściowe od pomieszczenia głównego, oddzielało szklane przepierzenie o renesansowym zapachu. Stare zdjęcia mistrzów winiarskich i pracowników winnic na ścianach były wisienką na torcie swojskości i niezmiennością wioskowej karczmy.

Wszedł kolejny mężczyzna. W restauracji przygotowanej na około trzydzieści osób jest nas już czterech gości. Pan, w wieku pięćdziesięciu lat, siadł na ławce, oczywiście zachowując duży dystans wobec zatłoczonego kącika przy bufecie. Energicznie pokręcił się na miejscu, spojrzał na zegarek, dając znać, że jest człowiekiem o ograniczonych możliwościach czasowych, a być może nawet umówił się z kimś w tym popularnym wiejskim lokalu. Mężczyzna obsługujący gości restauracji, podał mu w bardzo flegmatyczny sposób kartę dań. Gość nic nie tracąc na swej ekspresywności, ale już podważając swój czasowo ograniczony image, przeglądał propozycje kulinarne przez wiele minut. Dostał kieliszek wina i gdy już się wydawało, że z miną konesera odmówi konsumpcji w restauracji ze względu na bardzo ograniczoną, tudzież mało wykwintną ofertę, zdecydował się i zamówił danie. Gość, po złożeniu zamówienia, nie oddał jednak karty, energicznie przeglądał ją dalej. Nikt jednak nie przyszedł na nieumówione spotkanie. Zatem inni goście restauracji nie usłyszą jego głosu, sekretnie opowiadającego swemu niedoszłemu rozmówcy, jego historię.

Starszy pan spod zielonego pieca kaflowego dalej opowiadał o swojej wiosce, o swoim życiu. Jednakże doskonale wiedział, że poruszając się wśród tych tematów nie zatrzyma tak sowicie mu przez los podarowanej uwagi młodego człowieka. Szczęście mu sprzyjało, bo w toku rozmowy o regionach landu Nadrenia-Palatynat, pojawiła się kwestia lotniska Hahn. Młody rozmówca w iście teatralny, ale bardzo przykładny, kulturalny, wzniosły i lakoniczny, acz zaangażowany sposób wyraził swoje bezgranicznie zdystansowany stosunek do obsługi w podfrankfurckim lotnisku oraz wyjątkowo pozytywny odbiór jednego z lotnisk w Londynie. Starszy mężczyzna poczuł, że nie byle z jakim graczem ma do czynienia, być może to jakiś światowiec, nawet podróżnik. Na tym polu ustąpić nie mógł, wyszedłby na prowincjała. Zatem z miną otrzaskanego w bojach klienta linii lotniczych, patrząc na odrywające się od dna kieliszka bąbelki wina musującego, wyraził swoją opinię na temat różnych lotnisk europejskich, która z samego założenia nie mogła być zanadto odmienna od opinii młodego mężczyzny, bo mogło by go to rozsierdzić i przenieść miłą pogawędkę na niekontrolowalne obszary, ale też nie mogła być zanadto zbieżna, bo wtedy podstawa dalszej wymiany opinii przestałaby istnieć, co w sposób natychmiastowy zamknęło by rozmowę.

W restauracji panowała taka cisza, że pomiędzy lądowaniem w doskonale urządzonym lotnisku w Majorce oraz godnym pożałowania lotnisku w Londynie, pomiędzy warkotem towarzyskich silników, słychać usypiający warkot lodówki na zapleczu oraz skwierczenie oleju, na którym smaży się obiadokolacja dla energicznego pana oglądającego bez wytchnienia kartę dań.

O gości w restauracji dba mężczyzna w średnim wieku. Należy on do takiego rodzaju mężczyzn, którzy gdy skończą czterdziesty rok życia nie zmieniają się już aż do czasu później starości. Czy mają lat czterdzieści, czy sześćdziesiąt pięć, wyglądają tak samo albo prawie tak samo. Nawet jego włosy są takiego koloru, że trudno stwierdzić, czy są siwe z powodu wieku, czy koloru skoszonego i wyschniętego siana z natury. Ma bardzo chude ramiona, powyżej pępka nie jest szczupły ale wychudzony. Od pępka jest natomiast pękaty. Pękaty jak karafka do wina, które tutaj się wytwarza. Starszy pan spod pieca oraz ów barman koloru słomianego ze sfingowanym znudzeniem podzielili się informacją, że w tej restauracji sprzedawane jest ponad dwieście gatunków mozelskich win i to wszystkie pochodzą ze stoków rzeki w tej właśnie miejscowości.

Mężczyzna bez jednego zbędnego słowa, bez żadnego zbędnego gestu i niepotrzebnej miny, obsługuje swoich klientów. Gdy nie potrzebują oni niczego, zastyga. Wtedy jest go jeszcze mniej niż wtedy, gdy ospale się porusza i nawet swymi ruchami, w sposób niezamierzony, potęguje ospałą atmosferę lokalu i miejscowości.

Człowiek o kształtach karafki podał mi kieliszek wina. Mój towarzysz utrzymywał, że nie pije alkoholu, ale że znajduje się w dolinie winogron, dla anturażu poprosił o sok winogronowy. Pokusił się po chwili nawet o drugą butelkę. Obsługujący wyszedł na zaplecze, przyniósł malutką butelczynę, fachowo ją odkręcił przy stole zamawiającego oraz profesjonalnie część soku nalał do kielicha, odstawiając obok resztę otwartej butelki z jej zawartością.

Po powrocie z intelektualnej przejażdżki po największych lotniskach Europy, starszy pan spod pieca kaflowego, jął opowiadać o przygotowaniach do wystawy w muzeum. Przygotowania idą już pełną parą, bo i wystawa może zmienić oblicze miejscowości. I choć to koniec czerwca, to jednak już dzisiaj przygotowania się rozpoczęły. W ostateczności wystawa prezentująca tradycje bożonarodzeniowe pielęgnowane na wsi, być może rozszerzona o elementy znane z innych części regionu, nie jest czymś, co można traktować bezrefleksynie i myśleć o tym naprędce.

Ciszę przerwała pewna para. Siedzieli niepostrzeżeni na tarasie podziwiając mozelskie widoki. Być może zrobiło im się zimno, bo nagle wtargnęli w intymną atmosferę lokalu nadszarpując ją na tyle, ile robić tego nie powinni. Siedli przy stole niedaleko mężczyzny z kartą, który tymczasem otrzymał swój talerz z daniem. Na szczęście także i oni po wrzawie, jaką spowodowali, pozwolili, by ujął ich sen i cisza starego domu. Wymienili między sobą zaledwie kilka słów i to jeszcze szeptem. Takim szeptem, który szamanom służy do leczenia zaniepokojonych dusz. Ale pan spod kaflowego pieca przestał mówić czując, że atmosfera nie jest już tak intymna. Od tej chwili w sali restauracyjnej rozlegał się odgłos młynka na pieprz, którym okręcał energiczny gość. Jak się po chwili okazało mielenie pieprzu, wypełniło całą przestrzeń, położyło także kres rozmowie starszego pana, który zapłacił za musujące wino i wyszedł. Zamknął drzwi za sobą i zrobiło się cicho. Przejmująco cicho.

Bullay, 23 czerwca 2013

Zdjęcie.: widok na miasto Bernkastel-Kues leżące nad Mozelą
(nie w tym mieście znajduje się wspomniana restauracja)



Zdjęcie: O winie i mieleniu pieprzu



ostatnie zmiany wykonane 2013-06-23 12:55:17
,






opis stopki