Marcin Błaszkowski


W Lesznie jest godzina 01:06:18
Mamy teraz zima.

Dziś jest Środa 26 lutego 2020, Imieniny Bogumiła, Eweliny, Mirosława


Serwis używa cookies aby zapamiętać otwartą sesję i ewentualne dane o logowaniu. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Serwis nie zapisuje ciasteczek do profilowania reklam lub śledzenia użytkownika.



Bernhard von Hindenburg

Jako dziecko w Głogowie
 
W 1855 r. ojciec wraz z pułkiem został wysłany do Głogowa. Mieszkanie znajdowało się na ul. Garncarskiej, obecnie na ul. Kościelnej 70, na szczycie schodów. Był to stary, piękny dom z dużym korytarzem na dole i na górze. Ściany były bardzo grube. Z pokoju sypialnego brata wychodziło okno na duży korytarz, wyglądało jak okienko strzelnicze, w kierunku pokoju było większe i szersze, następnie w obrębie grubych ścian była wolna przestrzeń a w kierunku korytarza wychodziło małe okno, być może o wielkości stopy kwadratowej. Do niego podczołgiwał się z łóżka, z radością Otto, kiedy z okazji świąt muzyka pułkowa układała się w serenady na korytarzu; wtedy siadał w koszuli za szybą i ramą oraz wsłuchiwał się. Paul chętniej przysłuchiwał się lekturze; kiedy po kolacji dzieci spały, ojciec czytywał matce. Wówczas przyczołgiwał się Paul blisko ku brzegowi łóżka, skąd mógł lepiej słyszeć; -- dopiero po latach przyznał się do tego rodzicom.

Później także i on, w podobnym wieku do rodziców, spędził ze swoją małżonką wspaniały rok w podobnie małej miejscowości jak Pniewy - we Wschowie w Prowincji Poznańskiej. W 1884 r. był on tam dowódcą kompanii w 58. pułku piechoty. Przyczyną Środkową nazywali ją oficerowie żartobliwie, ponieważ leżała pomiędzy wioskami Przyczyną Górną oraz Przyczyną Dolną. Miejscowość wyróżniała się także tanim węgierskim winem. Stamtąd jeździł ze swoją siostrą, która go odwiedzała, do Głogowa, żeby odświeżyć wspomnienia z Głogowa. Wówczas odżywały niektóre wspomnienia. Szli także na ul. Garncarską 70, wchodzili aż na podest w połowie wysokości schodów; tam zatrzymywali się i patrzyli w kratkę na przedpokoju, gdzie często dokazywali, gdzie do woli szaleli, gdy odrobili zadania szkolne. Z radością zjeżdżali prędko po grubych drewnianych poręczach szerokich schodów. Z okna przedpokoju na górze przyglądali się wieczorem z ciarkami na plecach i z przejęciem kometę, która oznaczała wojnę. A następnie pomieszczenia strychowe, gdzie w małych pokoikach na poddaszu na sianie zimą leżały jabłka! Obok mieszkał pewien bardzo gruby piekarz; dzieci miały wrażenie, że z nieustanie skrzyżowanymi nogami opierał się plecami o futrynę drzwi wejściowych do sklepu. Tak chętnie kupowano za 3 pfennigi kłokoczkę, którą wspólnie spożywano. W niedzielę przychodził do nich często w odwiedziny pewien uczeń, który na plecach nosił oswojoną wiewiórkę; był ojcem obecnego właściciela Pniew. W pobliżu domu, za rogiem, po drugiej stronie placu kościelnego znajdowała się „strażnica”, gdzie znajdowali się więźniowie. Bardzo zainteresowała ona pewnego dnia dzieci, kiedy usłyszały, że pewnemu skazanemu na śmierć, obcięto tam głowę.
 
Babcia Schwickart, po śmierci jej męża, mieszkała w Głogowie w domu rodziców.
- Opowiedz nam coś o wojnie!
Jakże często błagał o to Paul i siadał obok babci na ławce do opierania nóg i nie mógł się nasycić opowieściami o 1806 roku i Francuzach. Także u jej ojca, naczelnego lekarza, było zakwaterowanych wielu żołnierzy. Francuzi byli bardzo uprzejmi, wystawiali „Salve garde” przed domem, aby go nie napastowano. Podarowano jej, jako córce pana domu, porcelanowy półmisek z wysmukłą nóżką, wypełniony słodyczami. Jest on wciąż w posiadaniu wnuczki Idy, która także przysłuchiwała się opowiadaniom. Poza tym mówiono o wojnie w Rosji, podczas której jej mąż wycofywał się przez Berezynę, o straszliwym stanie Francuzów wracających z Rosji, o Kozakach i Pandurach, którzy galopowali przez Poznańskie (Któż wówczas by pomyślał, że niemal 60 lat później przysłuchujący się, sam wejdzie w tak bliskie stosunki z Rosjanami) oraz o 1813 r.. oraz o tym, co o dziadku z czasów tej wojny już wiemy.

Tymczasem wkradała się inna opowieść. Prababka Mönnich miała nazwisko rodowe Berger. Chodzi tu o wojnę siedmioletnią lub trzydziestoletnią, pamięć co do tego zawodzi. Ale mowa tu o kobiecie wywodzącej się z przodków rodziny Berger: Był pewien stary mężczyzna, być może ksiądz ewangelicki, który żył jako wdowiec z trojgiem dzieci. Wówczas przyszli wrogowie i zniszczyli wszystko w sąsiedztwie. Dlatego wziął ojciec swoje dzieci do lasu, najstarsze miało około dziesięciu lat, dał im chleb i kazał im się schować do pustego drzewa, co dobrze znały z zabaw. Stary ojciec pozostał w pobliżu, mogli go widzieć przez szpaltę w drzewie. Wówczas nadjechali jeźdźcy, wypytywali i egzaminowali o wszystko starego człowieka, on stał z uniesionymi, złożonymi rękoma błagając ich, ale nie udzielał informacji. Wtedy skrępowali mu ręce i stopy, jeden z jeźdźców przywiązał sznur do nóg oraz do tyłu siodła i popędzili. Stary mężczyzna szorował plecami po ziemi, biała głowa krwawiła uderzając o korzenie i kamienie, -- dzieci nigdy więcej nie zobaczyły ojca, zmarł ciągnięty na linie. Dzieci wyczołgały się z drzewa, ujrzały swój dom w płomieniach, przeszły kilka mil, łamały nawzajem kawałki chleba, aż się skończył. Wówczas najstarsza z nich powiedziała na rozstaju dróg, od którego odchodziły trzy drogi:
- Teraz musimy się rozdzielić, każdy w pojedynkę spróbuje przeżyć, w trzech nikt nas nie weźmie.
Ucałowali się, a następnie każdy poszedł swoją drogą, później nigdy o sobie nie usłyszeli. Najstarsza z nich wędrowała kilka dni, otrzymywała to tu, to tam coś do jedzenia, ale nikt jej nie przyjął. Aż pewnego letniego wieczora przybyła do bramy pewnego miasta, tam siedziało przed domem starsze małżeństwo, które zapytało płaczącą dziewczynkę, dokąd podąża. To bezdzietne małżeństwo przyjęło do siebie małą, która z poranionymi nogami niemal zagłodzona przyszła pod ich drzwi. Ta dziewczynka, gdy wyszła za mąż, stała się protoplastą Bergerów, którzy byli w Poznańskiem szanowanym, mieszczańskim rodem.

Takie było opowiadanie babci.

Kiedy troje z rodzeństwa otrzymywało w Głogowie kilka groszy z okazji dorocznego jarmarku, srebrny grosz był wart dwanaście pfennigów, Paul nie kupował dla siebie niczego; ale dla swojej babci kupował za sześć pfennigów salaterkę pomarańczy, które lubiła, dla swojego brata dwie cygara czekoladowe za trzy pfennigi, a dla swojej młodszej siostry piłkę z gumy, także za trzy pfennigi, przychodził rozpromieniony do domu i rozdzielał prezenty. Kiedy jako siedmiolatek, został wysłany przez matkę, by zrobić małe sprawunki, i kiedy przy płaceniu otrzymał resztę, pomyślał, że i kupiec mu ją podarował. Dlatego od razu dokonał zakupu i przyniósł „niespodzianki” do domu. Tak oto przyszedł pewnego pięknego dnia, na początku maja, uważnie niosąc przez ulicę pełną szklankę napoju majowego, by przynieść ten zakup swojej matce, która prawie nigdy nie wypiła kieliszka wina.

Dwa pierwsze lata chodził do ewangelickiej szkoły mieszczańskiej przy kościele Łódź Chrystusowa, który był położony blisko domu, za rogiem, tak że z okna sypialni wyglądał na podwórko szkolne. Mobilizujący widok. Jego nauczycielem był pan Schober. Na Wielkanoc 1857 roku rozpoczął pierwszą klasę Królewskiego Gimnazjum Ewangelickiego, w następnym roku drugą.

Zbliżał się czas wstąpienia do Korpusu Kadetów. Jego świadectwo szkolne z 1 kwietnia 1859 r. brzmi następująco:

„Paul Louis Hans von Hindenburg, urodzony 2 października 1847 r. w Poznaniu, syn kapitana i szefa kompanii pana von Hindenburga tutaj zamieszkałego, wyznania ewangelickiego, uczęszczał do niżej wymienionej placówki od Wielkanocy 1857 roku ale ostatnio nie otrzymał promocji w drugiej klasie. Ciężka choroba uniemożliwiła mu, podczas większej części jednego z semestrów, by brał udział w zajęciach; poza tym uczęszczał do szkoły w większości regularnie. Jego pracowitość była wzorowa, jednakże ostatnio nieco pozostawia do życzenia. Jego zachowanie, nie licząc sporadycznego gadulstwa, było dobre. Jego osiągnięcia, zgodnie z kwartalnym świadectwem, były dostateczne z religii, z łaciny, z francuskiego i z geografii, a z niemieckiego – dobre; jedynie w rachunkach miał trudności, by sprostać wymaganiom. W związku z tym można uznać go w ogólnych zarysach za wystarczająco dojrzałego, by przeszedł do klasy trzeciej. - - Opuszcza placówkę, by przejść do placówki dla kadetów w Legnickim Polu w tych zamiarach życzymy boskiego błogosławieństwa.”

W życzliwym świadectwie zabawną jest uwaga o gadulstwie. Taki milczący człowiek teraz! Rachunków z czasem także się nauczył, wyrosły z niego: Obliczanie odległości marszowej; cała strategia i taktyka na tym została zbudowana. - - Wroga można pobić także nogami. I to dzieło planu wojennego! Szczęśliwa mieszanka matematyki oraz fantazji! - - Ile razy nauczyciele na początku mylili się w swoich proroctwach dotyczących dzieci. Nie zauważali, że pączek może być czymś wielkim, a nie czymś ostatecznie stałym..
Obecny Królewski Dyrektor Gimnazjum był na tyle miły, że na moją prośbę o udostępnienie tego świadectwa, napisał do mnie następująco:

„Mogę zapewnić, że my, obecnie związani z naszą placówką, nauczyciele jak i uczniowie, odczuwamy z tego powodu dumną radość, że jego Ekscelencję możemy zaliczyć do swoich towarzyszy. Wprawdzie związany z tym jest żal, że możemy to czynić jedynie w bardzo ograniczonym zakresie ze względu na krótki okres, podczas którego uczęszczał do tutejszej szkoły, co ponadto ograniczyło się do dwóch najniższych klas.”

Młody uczeń odczuwał znaczenie kroku i poprosił, by w domu w pełni świadomie sporządzono testament. Być może było to wrodzone, że podobnie do swojego ojca, który gdy był dzieckiem, miał potrzebę, by rozdzielić dary, bez wątpienia, odpowiednio do zażyłości. Wówczas siadł przed swoją wielką szufladą na podłodze i czytał testament oraz darował zabawki bratu i siostrze. Na jego prośbę matka miała codziennie przekazywać mu dla nienazwanego kolegi ze szkoły bułkę na śniadanie; gdziekolwiek by się później nie znalazł, nie wolno było o tym zapominać. Dlatego zamknął testament, zgodnie z zasadami, datą, Głogów, 12 marca 1859 roku, słowami: „Otto ma przynosić Schreigerowi codziennie jedną bułkę.” To życzenie zostało obowiązkowo wypełnione. Dalej następowało uwierzytelnienie: „Że spisałem to prawdziwie i wiarygodnie, co niniejszym potwierdzam.” Podpisowi towarzyszył szlaczek, który skopiował z wody kolońskiej, którą wówczas nazywano francuską. Rysunek nie mógł być pochlebstwem dla firmy, ale widać w nim staranność. Tego typu szlaczek oczywiście szybko opadał, jak ogon u młodej żaby. Ale już w następnych latach można było dostrzec, jak pismo stało się wyjątkowo płynne, czym mimo wieku, może się jeszcze poszczycić. Pewne strategiczne wykorzystanie sił można wciąż zauważyć, jako że końcowa kreska jest zapisywana wstecz jak daszek w kształcie litery U. Jedynie gdy jest zmęczony, co tymczasem nie dziwi, nachyla się pełne zakrętasów łączenie niemal jak u artysty. - - Na testamencie na dolnym rogu dodano złowrogą uwagę: „O pokój i spokój wypraszam dla siebie na zawsze”. Być może było to jedynie wspomnienie pobożnych życzeń jak na przykład: „Niech Bóg daruje mi spokój duszy”, a jest przecież błędem, by z tego, co mówi dziecko, wyciągać daleko idące wnioski na przyszłość, jakkolwiek wciąż raduje to, kiedy można stwierdzić, że siła jego teraźniejszego ducha zbudowana jest na wielkim, świadomym samoopanowaniu. W krótkich chwilach wzburzenia odejście staje się środkiem zaradczym. Zdecydowanie nie należy nie doceniać osobowości, które mają system nerwowy czuły jak konie wyścigowe, choć biedni ludzie widzą w osobowości dowódcy grunt, na którym budują domy, ten nie może być poruszony przez trzęsienia ziemi. Właśnie wewnętrzny spokój był jego stałym celem; jak został on skonfrontowany z tym, co się wydarzało, wiemy przecież sami.

rozdział książki Paula von Hindenburg Paul von Hindenburg, Ein Lebensbild, Berlin 1915
przekład rozdziału: Marcin Błaszkowski

Uwaga.: Przekład jest objęty prawem autorskim.



Zdjęcie: Bernhard von Hindenburg



ostatnie zmiany wykonane 2011-06-26 16:46:58
,






opis stopki