Marcin Błaszkowski


W Lesznie jest godzina 01:37:03
Mamy teraz zima.

Dziś jest Środa 26 lutego 2020, Imieniny Bogumiła, Eweliny, Mirosława


Serwis używa cookies aby zapamiętać otwartą sesję i ewentualne dane o logowaniu. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Serwis nie zapisuje ciasteczek do profilowania reklam lub śledzenia użytkownika.



Ludwig Kalisch

... o kankanie
Tańce na balach operowych mają wprawdzie różne nazwy, ale jest trudnym zadaniem, by na tych balach rozróżnić galop, polkę od tańca szkockiego. To wszystko jest właściwie kankanem, który ujawnia się pod różnymi nazwami. Jeśli jednak ciekawski czytelnik zapyta mnie o to, jakim tańcem jest kankan, mogę mu jedynie odpowiedzieć, że pewien Niemiec, który w ubiegłym roku zobaczył ten taniec na przedmieściach Paryża po raz pierwszy, natychmiast omdlał. Jeśli o mnie chodzi, nie chcę udawać. Moja cnota niestety nie może się pochwalić omdleniem; przyznam nawet, że w sali Valentino, gdzie paryskiego kankana zobaczyłem najpierw, mogłem wytrwać całą godzinę i nie robiło mi się niedobrze; wiadomo tyle, że najbardziej rozwiązła niemiecka stopa wciąż jest zanadto moralna, by tym tańcem się zajmować. Ależ cóż też opowiadam o stopach? Kankana nie tańczy się jedynie stopami, tańczy się go także rękoma. Tak, zwykłe tańczenie jeszcze nie czyni kankana tańcem, ale towarzysząca mu mimika, mocny, frywolny głos, który wychodzi ze wszystkich części ciała. Doprawdy, gdyby ten język miał formę słyszalnych słów, należało by przysłonić uszy. Wiadomo także tyle, że od kankana nie tylko cnota, ale także wdzięk odwraca się zarumieniony a jeśli o mnie chodzi, to naruszył on bardziej moje estetyczne niż zwyczajowe odczucia.

Kankan jest tańcem oszalałego ciała. To szaleństwo jest wprawdzie zabronione przez Policję, a stróże moralności w postaci brodatych Sergeants de ville są gotowi na każdym powszechnie dostępnym, popularnym balu, aby owemu szaleństwu, o ile zrobi się zanadto szalenie, przywrócić rozsądek. Ale Sergeants de ville sami są paryżanami i muszą się dziać już bardzo rażące rzeczy, by uznali, że muszą wkroczyć ze swoją władzą.

Paryżanie kankanizują każdy taniec i można z łatwością zauważyć, w jaki sposób przeskakują przez granicę pomiędzy tym, co jest dozwolone przez zwyczajową przyzwoitość do tego, co jest niedozwolone przez Policję; jednakże jak daleko w swoim tanecznym szaleństwie oddalą się od tej granicy, zależy jedynie od tolerancji, cnoty oraz powściągliwości obecnych, pełniących służbę policjantów. Gdzie kończy się poczucie obyczajności, zaczyna się kankan; gdzie jednak kończy się kankan, wiedzą jedynie ci, którzy wiedzą więcej, niż moi czytelnicy kiedykolwiek wiedzieć powinni.
 
Jedyną cnotą, jaką posiada kankan, jest jego szczerość. Kankan nie jest hipokrytą i to nie jezuici go wymyślili.
 
Na wielkich balach operowych, gdzie trzeba się pokazać we fraku i błyszczących rękawiczkach, kankan nie może, przynajmniej przed czwartą godziną rano, oddalić się zanadto od granicy tego, co wypada. Jednak po czwartej godzinie, kiedy już nie ma kobiet, które chciałyby błyszczeć dzięki wojowaniu za pomocą tego, co obyczajne, korzysta kankan jeszcze z ostatniej godziny przed końcem balu i podczas tej godziny charcząca moralność jest zatańczona na śmierć.

[w:] Ludwig Kalisch, Künstler, Quäker Demokraten, Berlin, 1970, s. 20-22

Kontekst.:

Ludwig Kalisch był pisarzem żydowskim z Leszna, pisał po niemiecku. Powyższy fragment pochodzi z książki, w której opisał teatralne życie Paryża i Londynu. L. Kalisch miał bliskie kontakty z kompozytorem J. Offenbachem, jest autorem przekładu operetki "Orfeusz w piekle" na j. niemiecki.





ostatnie zmiany wykonane 2011-01-29 22:30:55
,






opis stopki